Inne · Uncategorized

Syta głowa

W głowie nieustanna karuzela informacji. Więcej i więcej. Cokolwiek robię, o czymkolwiek myślę, jestem już trzy kroki naprzód. Trzydzieści kroków naprzód. Ciągle buduję kolejne listy przyszłych wrażeń i osiągnięć. O ile sam proces dodawania do ulubionych, zapisywania tytułów na później , na moment uspokaja, to ostatecznie nie zmienia się nic.

Więc czasem próbuję tego nie robić. Czasem wyobrażam sobie, że kasuję wszystkie te listy rzeczy do zrobienia, do przeczytania do przesłuchania. Ale to też nic nie zmienia. Bo ulga jest chwilowa, a potem czegoś zapomnę i złoszczę się, że jednak trzeba było zapisać.

Opróżnić umysł, chociaż na chwilę, takie jest marzenie. I te maniakalne listy na moment pozwalają to osiągnąć. Na dzień, na dwa.

Czytanie

Przeczytać jak najwięcej. Lista książek do przeczytania rośnie najszybciej i bywa najbardziej frustrująca. Najbardziej składania do pośpiechu. Największa presja nowości. I najbardziej dość, najwięcej wątpliwości: ale po co mi to? Dlaczego to w ogóle robię?

Chciałoby się jak najwięcej, a jednocześnie wolniej. Tęsknie za czytaniem książek już przeczytanych. Za powrotem do znanych emocji.

Albo: chciałoby się mieć czas, między książką jedną a drugą, zebrać myśli. Zastanowić się.

Nie ma gdzie i jak.

Nawet jak nie czytam, to słucham.

Słuchanie

Ilość podcastów i audiobooków do przesłuchania również powiększa się szybciej niż bym się spodziewała. Z podcastami najgorzej: mają po kilkadziesiąt odcinków, jak mi się spodobają, to mam od razu chęć przesłuchać wszystko.

Ostatnio nie zdążyłam w porę anulować subskrypcji audiobooków w okresie próbnym i teraz, skoro już mi ściągnęło pieniądze z konta, też mam poczucie, że muszę się nachapać ile się da.

Najmniej jest muzyki. Bo muzyka to bardziej samotna sprawa, a teraz rzadko jestem sama. I nie mogę słuchać muzyki w samochodzie, jak kiedyś, bo mam inne radio. Plus: samotne podróże są rzadsze. Tego mi brakuje. To był czas na odpoczynek i myślenie: muzyka i samochód. Ewentualnie muzyka + rower albo spacer.

Teraz nawet w samochodzie słucham słów, podcastów i audiobooków. Także: myslałam o tym, żeby odkopać rower z piwnicy i główną motywacja także jest, żeby mieć więcej okazji do słuchania np. podcastów.

Z muzyką kłopot. Najlepiej sprawdzają się albumy, które znam na wylot. Poznawanie nowości jest trudne, koncentracji starcza na to żeby zapoznać się z pojedynczymi utworami. Reszta się zlewa, w końcu przeszkadza i zaczyna irytować. Kiedyś byłam na bieżąco, teraz raz na jakiś czas na chybił trafił próbuję coś znaleźć na spotifaju. Głównie słucham radia Afera w pracy i tam jakieś pojedyncze nowości się trafiają.

A jak czytam, to cisza. Kiedyś tak nie musiało być.

Czytanie – prasa, blogi

Czytałam mnóstwo gazet i czasopism. Stopniowo zrezygnowałam z regularnego kupowania wyborczej dwa razy w tygodniu (bo „Wysokie obcasy” i „Duży format”), rzadko trafia się jakiś tygodnik. Pozostają „Książki” i ostatnio „Przekrój” , który pobił na głowę wszystkie czasopisma jakie kiedykolwiek miałam w rękach (łącznie ze starym „Przekrojem”). Kiedyś do tego kupowałam kilka magazynów miesięcznie, łącznie z zagranicznymi. Teraz powstrzymuje mnie lęk, że kiedy ja to przeczytam, że za dużo? Ale pojawiło się „G!rls room” i najnowszy niezbędnik inteligenta „Polityki”. Więc gazety też mnie przytłoczyły.

I posty z blogów, regularne sprawdzanie feedly.

Wyrzuty sumienia, że nie jestem w stanie być na bieżąco z dwutygodnikiem.

Na bieżące wiadomości nie starcza sił, narzeczony referuje.

Oglądanie

Przede wszystkim: youtube. Nieskończone recenzje książek, odrobinę lajfstajlu, minimalizm i joga.

Poza you tubem, z oglądania rezygnuje się najłatwiej. Seriale tylko wspólnie. Filmy tylko w kinie. Programy rozrywkowe o gotowaniu i o domu i o fryzjerach, wtedy kiedy jednocześnie robię jakieś mało wymagające rzeczy (np. wpisuję faktury, sprzątam biurko).

Choć i tutaj czasem włącza się FOMO.

*

Głowa, moja biedna głowa. Ciągle głodna i jednocześnie do bólu  przejedzona. Chce wszystkiego, ale czasem w desperacji nie chce już niczego.

Tyle czasu zajmuje mi przyswajanie informacji, że niewiele zostaje na tworzenie. Najbardziej twórcze okazuje się kolorowanie (choć w trakcie i tak słucham albo oglądam). Pisze codziennie, ale to, co jest efektem strawienie tych informacji. Brakuje mi czasu i przestrzeni na rzeczy własne, własne myśli i stwory.

Przestać, jak przestać? Jak sobie przetłumaczyć, że mniej, wybrać mniej?

Mniej znaczy więcej, wierzę w to bez zastrzeżeń jeżeli chodzi o porządkowanie szaf i półek. Ale jeżeli chodzi o moją głowę? Czy działa tak samo?  Czy jak odpuszczę, włożę do niej mało, to wystarczy?

Przestrzeń. Wszędzie tęsknię za przestrzenią, marzę o niej, ale w sobie jej nie potrafię pomieścić.

Cytaty · Uncategorized

„Jak oni pracują?” Agata Napiórska

jak-oni-pracuja-rozmowy-z-polskimi-tworcami-b-iext47909057Doba innych ludzi ma więcej godzin niż moja.

Często dochodzę do takich wniosków, kiedy obserwują codzienne poczynania innych ludzi. Więcej w nich dyscypliny, więcej porządku, więcej pracy, więcej sukcesu.

Czytam obecnie wywiady Agaty Napiórskiej „Jak oni pracują”. I na przemian ogarnia mnie inspiracja i frustracja. Żongluję „też bym tak chciała”, „tak mam!” i „dlaczego to nigdy mi się nie uda?”. Testuję nowe pomysły, na nową rutynę, odwzorowanie codzienności kluczem do odwzorowania życiowego spokoju.

Czasem się pocieszam:

Twórczości potrzebne są hektolitry czasu. Artysta pracuje najwięcej, kiedy wcale nie pracuje. A to właśnie niepracowanie wymaga czasu.

Wiem, że niektórzy potrzebują ram czasowych, bo boją się życia w przewiewie, boją się chaosu, potrzebują mieć coś, czego mogą się przytrzymać. Życie w chaosie jest trudne, ale daje wolność, a wolność jest najtrudniejszą sprawą na świecie.

Zbigniew Libera

Jestem dopiero w połowie, nie śpieszę się z lekturą, nie można zbyt wiele na raz, żeby nie pomieszać wątków i historii. Każda rozmowa to zaledwie kilka stron, codziennych zmagań i próby ogarnięcia chaosu powtarzalnością. Mam nadzieję, że przeczytam tę książkę nie raz.

Continue reading „„Jak oni pracują?” Agata Napiórska”

Recenzje · Uncategorized

Magia olewania – Sara Knight

Umówmy się: to dość durna książka. I w sumie,  kiedy po nią sięgałam, nie spodziewałam się wiele więcej. Ale moja potrzeba tego, by uwolnić się od ciągłego lęku przed opinią innych i zamartwiania rzeczami, którymi nie warto się zamartwiać, jest tak silna, że dałam „Magii olewania” szansę. I nawet nie żałuję, bo samo poświęceni dwóch godzin na lekturę było pretekstem do pewnych osobistych przemyśleń. Ale ogólnie jest to książka słaba. Jej treść można by zmieścić a krótkim artykule albo blogowym poście. Żeby jednak wypełnić jakoś dwieście stron, autorka w kółko powtarza, podsumowuje to, co opisała w poprzednim akapicie, to co pojawi się w następnym, to co już przeczytaliśmy dotychczas, a co pojawi się w drugiej części książki,i  trzeciej, i czwartej. itp. Oprócz tego wiele miejsca poświęca na przekonywanie czytelnika, jak wspaniała, przełomowa i fantastyczna jest jej metoda i jakim jest szczęściarzem, że może się o niej dowiedzieć. A wygląda to tak: wzorując się na metodzie porządkowania Marie Kondo („Magia sprzątania”), Sara Knight proponuję, żeby wyobrazić sobie swój umysł jako graciarnię, w której zalega mnóstwo rzeczy, a nie wszystkie są nam potrzebne. Należy wyjąć je na światło dzienne (spisując na kartce), posegregować (wykreślając te pozycje, którymi od dziś nie zamierzamy się już przejmować) i na podstawie tego co zostało, ustalić życiowe priorytety. I nie być zołza. To w sumie tyle.

Książka pisana prosto, autorka ciągle starała się być dowcipna albo ironiczna. I nie wiem, może humor zgubił się  tłumaczeniu, ale nie było śmiesznie, bardziej męcząco. Nie rozumiem też, czemu narratorka książki kieruje swoje słowa tylko do kobiet (w tekście używane są tylko żeńskie formy gramatyczne) . Choć to mógł być wybór tłumaczki, może podyktowany częstością występowania w tekście słowa „zołza” (33 razy).

Niektóre rozdziały były też dość kuriozalne. Opisując rzeczy, którymi niepotrzebnie możemy się zamartwiać w miejscu pracy. autorka opisywała przede wszystkim konieczność uczestnictwa w zebraniach i telekonferencjach, albo konieczność dawania datków na cele charytatywne. Wydaje mi się, że jeżeli chodzi o różnego rodzaju stresogenne czynniki w pracy, to tego rodzaju sytuacje to jest najmniejszy problem. Z kolei w temacie relacji z innymi ludźmi  najwięcej miejsca zajęły opisy radzenia sobie ze znajomymi, którzy zbyt często opowiadają o swoich dzieciach. Seriously?

Pojawiały się też fragmenty, w których autorka poddawała w wątpliwość uniwersalność swojego „olewania”. Chociażby taki, w którym przykładem odpuszczania sobie jest „przyjęcie o siódmej rano hydraulika w czapeczce baseballowej na głowie, zamiast wstać dwie godziny wcześniej, żeby umyć włosy jak na jakiś konkurs piękności„. Czy nie byłoby rozsądniej olać opinię hydraulika na temat naszego wyglądu, a więc olać także i czapkę?

Sarah right wiele miejsca poświęca na tłumaczenie, jak istotne jest żeby szczerze komunikować innym  swoje potrzeby, nie raniąc i nie być „zołzą” (. Brzmi pięknie, zgadzam się w stu procentach. Potem jednak mój entuzjazm opada, gdy pojawiają się takie porady: Kiedy osoba stojąca przed tobą w kolejce w Starbucksie nie potrafi się zdecydować, a ty się śpieszysz, daję ci niniejszym pozwolenie na zapytanie jej: „Czy jest pani krótkowidzem? Mogę wyrecytować cały zestaw dostępnych napojów, bo chyba nie będzie to trwało dłużej niż pani proces decyzyjny w tak istotnej sprawie”; A gdy pasażer siedzący przed tobą w samolocie rozłoży siedzenie, poleca kopać  oparcie tak długo, aż wreszcie załapie o co chodzi. Gdzie agresja, a gdzie szczerość, hmm?

Podsumowując: idea dobra, ale rozwiązanie chybione. Ciężko mi sobie wyobrazić, żeby lektura mogła przyczynić się do głębszych refleksji. Z drugiej strony, samo zainteresowanie takim tytułem może sugerować, że rozpoznajemy w sobie jakąś trudność z nadmiernym zamartwianiem się i przejmowaniem rzeczami nieistotnymi, albo takimi, na które nie mamy wpływu. Wtedy każdy pretekst do tego, żeby się z sobą skonfrontować będzie dobry. Nawet jeżeli ma to być książka, nad którą zdezorientowani będziemy kręcić głową, że to przecież w ogóle nie o to chodzi.

Uncategorized

„Wróżba” Agneta Pleijel

agneta-pleijel-wrozba-wydawnitwo-karakter-2016-10-11

Jest coś takiego, w  wieku nastoletnim, granicznym między młodością a dorosłością, że potrafi utkwić w nas niczym cierń. Z upływem lat, mimo zmieniających się okoliczności, mimo narastających odpowiedzialności i samodzielnie podejmowanych przez nas decyzji, zdarzają się chwile, gdy nadal czujemy się zagubieni i bezbronni, jakbyśmy nigdy nie uwolnili się z tego nieznośnego czasu przejścia. Granica między młodością a dorosłością jest niewyraźna. Starzejąca się skorupa naszego ciała może skrywać zranione i przerażone dziecko, które ciągle będzie domagało się uwagi.

Agneta Pleijel dopiero po sześćdziesiątce zdecydowała się spotkać z dziewczyną, która tkwiła w niej przez całe życie. Dowiedzieć się, o co jej chodzi i co sprawiło, że nie można jej ukoić.

Zbiorę jakieś wspomnienia, pomyślałam wtedy. Będę miała nieco jasności. (…) Wiele osób, o których piszę, nie żyje. Nie mogą się obronić. Są zdani na młodą dziewczynę, której jednak nie mogę oddzielić od siebie.

Cofając się do przeszłości, próbuję rozpoznać fikcję wspomnień młodej dziewczyny, od prawdy o jej życiu. Prawdy dotyczącej jej rodziny, tego co myślała o ojcu i matce, czego od nich potrzebowała, czego nie dostała. Opowiada skrawkami, uczuciami, myślami. Stara się odkryć obiektywne sytuacje, zobaczyć je takimi jakimi były, bez dziecięcego filtra. Niewiernego ojca. Zaabsorbowaną sobą matkę. Siebie, wmanipulowaną w ich rozgrywki – strzegącą tajemnic ojca, opiekunkę matki na zawsze i za wszelką cenę. Coraz bardziej zatracającą się w świecie, który stworzyła jej rodzina. Dorastała, ale nie wiedziała, jak się uwolnić.

Mój problem wyglądał tak: jak się wydostać? To znaczy: jak się dostać do życia?

Historia, jaką swoją młodością opowiada Agneta Pleijel, jest uniwersalna. Mogliśmy żyć w innych okolicznościach, w innych rodzinnych konfiguracjach. Ale ta część w nas, wciąż uwięziona w dzieciństwie, będzie odnajdować siebie w każdej kolejnej stronie.

Przepięknie napisana. Krótkie rozdziały szybko się czyta. Choć gęstość emocji sprawiała, że musiałam robić przerwy. Przeczytałam w wersji elektronicznej, po czym jak tylko skończyłam, kupiłam egzemplarz w księgarni. Od razu przeczytałam niemal całą drugi raz, kreśląc ołówkiem słowa i zdania. Zdjęłam obwolutę i odkryłam intensywny pomarańcz okładki. W tej wersji podoba mi się bardziej.

DSC02474

Uncategorized

Doczytane dzisiaj

„Miejsce na ziemi” Umi Sinha – wyjątkowo dałam się nabrać na intrygujący blurb. Ale faktycznie, ciężko się nie dać zaintrygować: matka dwunastoletniej Lily podarowało swojemu mężowi misternie haftowany obrus. Ten, gdy zobaczył wzór na obrusie popełnił samobójstwo. Brzmi melodramatycznie i taka w sumie była cała opowieść. Ale chęć odkrycia tajemnicy (co było na tym cholernym obrusie?) była na tyle silna, że wytrwałam. Na plus na pewno to, że pokazuje kawałek historii, który dla mnie był nieznany. Relacje pomiędzy Brytyjczykami i hindusami w Indiach w XIX wieku, krwawe powstanie, to rzeczy, o których szukałam dalej informacji już poza książką. Ale oprócz tego dość sztampowo i niestety – infantylnie. Powtórzenia, niespójności, pensjonarski język w listach, pamiętnik, który w żaden sposób nie przypominał prawdziwego pamiętnika (a dziecinność Henry’ego przejawiała się tym, że wszystko kwitował „to głupie”). Kuriozalne fragmenty dotyczące np. tego, jak babka Lily zszokowana była seksem. I wszyscy zakochani wielką miłością od pierwszego wejrzenia, kochający wytrwale, przez lata, nieszczęśliwe. Wpatrujący się w przestrzeń i rozmyślający o swoim ciężkim losie. Ech.

Ale wydanie bardzo ładne i okładka (zewnątrz i wewnątrz), taka sama jak wydania z Wielkiej Brytanii. Papier już gorzej, zostawały ślady każdego zagięcia, drący się.

„Słuchaj pieśni wiatru / Flipper roku 1973” Haruki Murakami – zapamiętałam ją jako fajniejszą. Ale i tak, z całej twórczości Murakamiego to własnie trylogia o Szczurze jest mi najbliższa, nawet jeżeli widzę jej wady. Ciągną mnie emocje.
Teraz sięgnęłam po Murakamiego, bo miałam jakiś ciężki moment z książkami, zaczynałam ciągle kolejne, do wszystkich traciłam cierpliwość. Potrzebowałam czegoś komfortowego, sprawdzonego, żeby znowu czytanie było miłe. A czytając Murakamiego przychodzi spokój i jakoś tak pozawala osadzić się w sobie, działa jak medytacja.
Jeżeli zaś chodzi o refleksje: pierwsza część lepiej. Choć styl był jeszcze trochę inny, niż w następnych książkach Murakamiego (ta jest bodajże debiutem, do którego sam autor ma sporo dystansu), miejscami czułam się jakbym czytała Vonneguta, co było zaskakujące. W drugiej części („Flipper roku 1973”) chaos większy plus postacie bliźniaczek, które były dla mnie nieznośnie przykre. Murakami nigdy nie jest dobry w pokazywaniu kobiet, ale te postacie były jak lalki, puste wydmuszki, głupiutkie i bezradne. Główny bohater mieszkając i sypiając z nimi przez kilka miesięcy nawet nie nauczył się ich imion (sic!), tylko określał je numerami, nadrukowanymi na noszonych przez nie bluzach. Ich jedyną rolą, było czekanie aż wróci z pracy i usługiwanie im, a on w zamian kupował im ubrania i czasem wyprowadzał na spacer. No bez przesady.

Uncategorized

„Droga do domu” Yaa Gyasi

472077-352x500Ech. Wzdychanie towarzyszyło lekturze niemal od pierwszych stron.

Zwróciłam uwagę na książkę ze względu na piękna okładkę. Po jakimś czasie zorientowałam się, że to jest własnie to acycudowne „Homegoing”, które pojawiało się w niemal każdym podsumowaniu 2016 roku na youtubie. Łącząc to wszystko z postanowieniem, by czytać jak najwięcej literatury światowej, nie mogłam się doczekać lektury.

No i ech. „Małe życie” powinno mnie już nauczyć, że high hopes = high disapointment.

Continue reading „„Droga do domu” Yaa Gyasi”